Jak się okazuje, słusznie tak niecierpliwie oczekiwaliśmy koncertu inaugurującego całość festiwalu. Trzy pierwsze utwory reprezentowały różne odcienie elegijności – od wyrafinowanego brzmieniowo i koncepcyjnie Wziemięwzięcia Wojciecha Widłaka (chciałoby się jeszcze wsłuchać w niuanse tej kompozycji, rozpoczynającej się i kończącej szeptem) przez potęgę mitu w Uaxuctum Scelsiego, po Si después de morir Mauricio Sotelo. Słuchając tego utworu, łączącego śpiew wielkiego artysty, jakim jest Arcángel, z partią orkiestrową, miało się czasem wrażenie, że czysty idiom flamenco przewyższa to, co dokonuje się w orkiestrze; w innych momentach zaś obie warstwy dobrze się dopełniały. Największy entuzjazm publiczności wzbudził utwór ostatni, nie tylko żartobliwe muzyczne przedstawienie meczu Meksyk-Brazylia, świetnie wykonany pod kierunkiem Krzysztofa Urbańskiego, który wystąpił tu także w roli sędziego piłkarskiego. Młody dyrygent zachwycał precyzją i doskonałym panowaniem nad materią dźwiękową (jedynie w utworze Scelsiego dał się odczuć pewien niedostatek dramatyzmu i potęgi brzmienia).
To był wspaniały wieczór.
Nocny performans Pierwotny sen dla znacznej części publiczności był trudny do zniesienia, zarówno ze względu na natężenie dźwięku, jak i jego charakter. Dodatkowo odstraszająco działała monotonia gestów powtarzanych w ramach poszczególnych pięciu scen. Obyło się bez głośnych protestów, po prostu wychodzono po angielsku. W grupie tych, co pozostali w sali, byli też jednak i tacy, którzy performans oceniali pozytywnie jako nowoczesną realizację interaktywną, zgadzali się na proponowany typ estetyki, jednym słowem uważali, że był w tym głęboki sens. No cóż –
de gustibus...
Dziś przed nami rzeczy nadzwyczaj ciekawe. Pora na regenerację przez muzykę z Meksyku, Rumunii, Kraju Basków, Kuby... Zabrzmi poezja Lorki i Eduardo Hurtado...
(Katarzyna Naliwajek-Mazurek)